Wzbogacając siebie, wzbogacasz Europę...

2011-12-29 10:09:01

Percepcja chwili


I.
Pewne książki leżą na półce latami. Chociaż wiem - nawet jeśli tylko intuicyjnie, po tytule - że powinnam je przeczytać, pozwalam by kolejna warstwa kurzu odłożyła się na płaskiej powierzchni okładki. W ten oto sposób odpowiadam, a właściwie usprawiedliwiam niekonsekwencję, pozwalam, by los rzucał kości i czekam, aż nadejdzie ten moment, który będzie najlepszy. Czekam na właściwy czas, który przyjdzie. Na właściwy wiatr, słońce, temperaturę... czekam aż ziemia osiągnie właściwą wilgotność, a roślinność koloryt idealnie oddający witalność flory. Czekam na moment, który nigdy nie nadejdzie. Czekam jednak nadal.

II.
Pewne książki zmieniają swoje położenie częściej niż inne. Ich kartki bywają naderwane, urozmaicone kolorem kawy, coli, herbaty. Niektóre linijki zostają wyróżnione ołówkiem, inne zakreślone pisakiem lub kredką. Ponieważ te książki podróżują w różne miejsca, nigdy nie aą pokryte kurzem. Treść w nich zawarta zwiększyła moją wiedzę, pobudziła do refleksji i wpłynęła na to, że czuję się szczęśliwsza bez względu na siłę wiatru, słońce, temperaturę. Nie czekam aż nadejdzie dobry moment, by zrobić użyteczne rzeczy. Za to wybieram te okazje, które są najbardziej zgodne z moimi celami, uczuciami, wiedzą i intuicją.

Rzeczy nigdy nie dzieją się same...


Tagi: chwila
skomentuj (0)

2011-12-07 10:05:19

Alchemia czasu II


Trzeba mieć odwagę, by oglądać zdjęcia. Podobną do tej, której wymaga wstanie z łóżka, robienie kawy, podróż za miasto czy rozmowa przez telefon. W obydwóch przypadkach musimy zmierzyć się z chwilą – tą, która przychodzi, trwa i właśnie minęła.

W domach panują różne obyczaje. Objawiają się one między innymi poprzez podejście do ściany. W niektórych domach przestrzeń zagospodarowana zostaje w sposób pełny i absolutny. W innych pozostaje pusta. Ze ściany mogą spoglądać kolorowe pejzaże, wysmukłe kształtem rzeźby, abstrakcyjne grafiki. Mogą także pamiątki Pierwszej Komunii Świętej, kolaże zdjęć, wiklinowe kosze i duże zegary. Wszystkie te przedmioty świadczą o domownikach, ich przyzwyczajeniach, wartościach, wyczuciu estetycznym.

Wiszą bezpretensjonalnie i jakby na przekór ustalonemu porządkowi codzienności, dnia i nocy, logice wnętrz. Łamią równą przestrzeń ściany. Tworzą wybrzuszenia, symetryczne figury, zdecydowane krągłości. Epatują kolorem, a czasem przemyślanym stonowaniem barw. Wiszą tak już od dłuższego czasu, przynależąc coraz bardziej do ściany, coraz mniej do ludzi, opowiadając jednak nieustannie ich historię.

Szczególnym rodzajem gawędziarzy są zdjęcia. Milcząc, mówią. Nieruchome, przedstawiają sceny pełne dynamizmu. One także zaznaczają odległość między fragmentem przeszłości a teraźniejszością. Często mi się zdarza, że patrząc na zdjęcie przypominam sobie nie tylko utrwaloną chwilę, ale też niektóre wydarzenia, które nastąpiły od tamtego momentu. Dynamizm zdjęć wyraża się bowiem w utrwaleniu ruchu osób, rzeczy, natury, powietrza, ale też czasu, przestrzeni i wspomnień.

W niektórych domach funkcjonują „ściany zdjęciowe”. Wybrane momenty zamyka się w antyramach i wiesza na gwoździu wbitym w specjalnie zarezerwowaną na tę okazję przestrzeń. Mam w pokoju taką „ścianę zdjęciową”. Osiem antyram opowiada historie z wcześniejszych lat. Jedna z nich dotyczy zeszłorocznego Forum, które odbyło się na terenie Wielkopolski. W lewym dolnym rogu widnieje grupowe zdjęcie dziennikarzy polonijnych z abpem Prymasem Seniorem Henrykiem Muszyńskim. Znajome twarze uśmiechają się przyjaźnie i życzliwie do obiektywu. Niektóre spoglądają w kierunku kolegów lub koleżanek wdając się w krótką, bo ograniczoną czasem robienia zdjęć – rozmowę.

Z lewej strony dziennikarz o długich siwych włosach spiętych w kucyk wychyla się, by uwiecznić chwilę własnym aparatem. Nieopodal wchodzi po schodach nieznajomy. W tle widnieje Katedra Gnieźnieńska, otulona popołudniowym, wrześniowym słońcem. Te wszystkie szczegóły pomija moje wykadrowane zdjęcie. Za to emanuje z niego cała metafizyka, która wykracza poza materię zamkniętą w antyramie.

Patrząc na zdjęcie widzimy osoby, obiekty, zdarzenia. Spoglądając głębiej, dostrzeżemy ludzi ubranych w różne kolory, zapachy i smaki. Za nimi kryją się osobowości, charaktery i temperamenty. Każdy człowiek spoglądający w obiektyw aparatu to osobna historia pełna intymnych przeżyć, smutków, radości, łez, sukcesów. Niewidocznych gołym okiem.

Wiele rzeczy rozgrywa się poza naszą percepcją. Widząc grupę dziennikarzy polonijnych przychodzi raczej do głowy idea wspólnoty, przyjaźni i braterstwa niż drobne, ale w istocie najważniejsze elementy składające się na naturę. Szum wiatru poruszy kosmyki włosów, ale już samo powietrze nie będzie posiadało tej mocy. Na zdjęciu nie widać też ptaków szybujących po tafli nieba, mrówek pracujących gdzieś obok chodnika ani ruchów ziemi pod jej skorupą. Wisława Szymborska w wierszu „Wczesna godzina” pisała śpię jeszcze, a tymczasem następują fakty. Niby mało istotne w kontekście grupowego zdjęcia dziennikarzy polonijnych pod Katedrą Gnieźnieńską we wrześniu 2010 r. Niemniej jednak bez powietrza i ziemi nie byłoby życia w ogóle.

Zdjęcia stanowią retrospektywną podróż poprzez chwile, których nieodgadnioność została niejako nakryta, złapana i uwieczniona. Nigdy nie prezentują tylko obrazu. W nich zapisują się historie oraz temperamenty ludzi uchwyconych w danej chwili oraz wszystko, co dzieje się wokół nas, trochę poza nami i co jednocześnie nas bezpośrednio dotyczy. Przy ich oglądaniu często mamy ochotę cofnąć czas, usłyszeć jeszcze raz, szum drzew, szum rzek (…) jak śpiewał Czesław Niemen. A może słuszniej by było pokierować się słowami fraszki Jolanty Kwiek: W życiu piękne są tylko chwile, powiem szczerze. Od ciebie zależy, ile tych chwil dla siebie wybierzesz. Każdą chwile można bowiem przeżyć tylko raz.

Edytorial ukazał się w Gazecie Targowej nr 13/2011, ISSN 2083-182X.


Tagi: alchemia czasu
skomentuj (2)

2011-08-31 22:57:45

ALCHEMIA CZASU


Miałam pisać zupełnie o czymś innym, ale że ten felieton powstaje w dzień tylko pozornie pospolity, pozwoliłam sobie zmienić temat.

31 sierpnia 2011 r. słońce wstało o normalnej dla tej pory roku porze. Jadąc do pracy, usłyszałam informację, która podświadomie wpłynęła na mój nastrój. Nadała mu koloryt jesiennych liści, granatowego mundurku i ciężkich książek noszonych w plecaku na jedno ramię.

Kilkanaście lat temu ten dzień niósł ze sobą sporo ekscytacji. Odczucia wakacyjnego znużenia przeplatały się z podekscytowaniem. Następnego dnia miałam przecież spotkać znajomych niewidzianych w większości przez całe dwa miesiące. Mimo że jednym z następstw szkolnego dzwonka były również klasówki i wywoływanie do tablicy, wolałam zawsze tę opcję niż przedłużającą się lekcję zarządzania nadmiarem wolnego czasu.

Wiadomość zasłyszana w radiu dzisiejszego poranka przypomniała mi zapach kredy kontrastującej z opalenizną dłoni i nieprzyjemną woń wilgotnej gąbki przesuwanej po kruczoczarnej tablicy. Z lewej strony sali biologicznej wisiały rysunki i wykresy, których treści nie pamiętam. Przeciwległą ścianę wypełniały przestrzenne okna z widokiem na boisko. Chociaż to było tak dawno, jestem prawie pewna, że przynajmniej jeden raz w ciągu mojej ośmioletniej kariery ucznia szkoły podstawowej, rok szkolny rozpoczęła lekcja biologii.

Trochę z wyboru, a trochę z przewrotności losu zdarzyło się, że studiowałam polonistykę. Z czysto sentymentalnych powodów pierwszą dłuższą praktykę postanowiłam zacząć od tych samych zielonych ławek, w których zasiadałam jako uczennica. Każdy, kto zdecydował się na podobny fortel, wie jak duży dystans tworzy się między tym, co bliskie, a tym, co za takie uważaliśmy kiedyś. Duża zielona ławka po latach odtrąca zbyt długie nogi, nie mówiąc już o nadprogramowych obcasach. Łokcie wystają poza blat, który i tak dotykają dopiero po nienaturalnym wygięciu kręgosłupa. A słowa? One zyskują inną - chociaż niekoniecznie nową - głębię.

Czas i przestrzeń wzajemnie ze sobą współpracują, tworząc subiektywną rzeczywistość. Relacje między nimi są na tyle zawiłe i nieodgadnione, że wolę je w tej chwili pozostawić wprawnym filozofom. Interesuje mnie natomiast niezwykłość takich dni jak właśnie 31 sierpnia. Do tej samej kategorii można śmiało zaliczyć 1 stycznia, 24 grudnia, 14 lutego, a także urodziny rodziców i przyjaciół, pierwszy dzień wakacji, a z czasem datę ślubu, narodzin dziecka i mniejsze rocznice związane z jego dorastaniem. Mimo że Robert Boyle odkrywając pierwiastek, przekreślił przyszłość alchemii, jako osobliwy eliksir nieśmiertelności uważam właśnie te małe daty, pozwalające nam realnie odnaleźć się w czasie i dostrzec zmiany, którym ulegają nie tylko miejsca, ale także my sami i nasze otoczenie.

Ponoć przeszłość im starsza, tym gorsza ponieważ zużywa się od ludzkich myśli jak książka telefoniczna od dotyku. Bez względu na to, jak bardzo umiłowałam sobie „Jadąc do Babagdad” i jak wiele zawdzięczam tej lekturze w kwestii światopoglądu, nie mogę się zgodzić z Andrzejem Stasiukiem. Wraz z upływem czasu przeszłość zmienia koloryt, staje się bladoszara lub krwistoczerwona, ale żeby od razu detronizować jej wartość? Bardziej skłonna jestem zgodzić się z Jerzym Pilchem, który stwierdził (zresztą bardzo trafnie), że w miejscu opisanym lub jedynie nazwanym przez pisarza zawsze jest mniej, niż zostało opisane lub nazwane.

Rzeczywiście wspomniana wyżej zielona ławka, której los był mi znany do 1999 r., a później jedynie domniemany, nie budzi już we mnie panicznego strachu przed klasówką i świstem kartek dziennika. Podobnie granatowy mundurek, kreda oraz dźwięk dzwonka. Wszystkie te atrybuty symbolizujące przez ponad połowę życia katusze umysłowe, wspominam dziś niezwykle pojednawczo i z dużą dozą wyrozumiałości dla osób uwikłanych w historię mojej nie zawsze chwalebnej edukacji.

Niuanse i subtelności wpisane w nasz żywot człowieka poczciwego chowają się pod pierzyną codzienności. Nigdy nagroda nie smakuje tak, jak droga do jej osiągnięcia. Jeśliby postrzegać z tej perspektywy szkołę, trud włożony w wieloletnią edukację nie wymaga szerszego wywodu. Dopiero po latach dostrzegamy cały urok prężenia zwojów mózgowych i jak za wszystkim dobrym, co się kończy – zaczynamy tęsknić. Prawdziwa podróż odkrywcza nie polega na szukaniu nowych lądów, lecz na nowym spojrzeniu – by posłużyć się słowami Marcela Prousta – a jej początek często stanowią pozornie nieistotne daty.

Taka oto refleksja towarzyszyła mi przy wyborze zdjęć dokumentujących dziewiętnastoletnią historię Światowego Forum Mediów Polonijnych do niniejszego, łączonego wydania Gazety Targowej i Wici Polonijnych, które oddaję do rąk czytelników.

Edytorial ukazał się w łączonym wydaniu Gazety Targowej i Wici Polonijnych, wydanym na okoliczność XIX Światowego Forum Mediów Polonijnych Tarnów - Szczecin - Zachodniopomorskie 2011.


Tagi: media polonijne, xix światowe forum mediów polonijnych
skomentuj (0)

2011-07-06 15:07:39

W czasach kulturalnej kornukopii


Mamy prawiobfitośće wszystko. Chcemy jeszcze więcej. Czasem już nie wiemy, czego chcemy. Nastały czasy kornukopii – postmodernistycznego rogu obfitości, charakterystycznego dla świata, którym rządzi konsumpcjonizm. Czy w tej rzeczywistości nadal jest miejsce dla kultury transgranicznej? Kultury niszowej, mało znanej, wypartej przez jej pop-wersję? Jedno jest pewne. Tym czym dla Greków była mitologia, tym dla mieszkańców terenów przygranicznych jest kultura transgraniczna – materią unifikującą i definiującą tożsamość.

Sprzeczności

Wyjazdy do krajów zróżnico
wanych etnicznie i kulturowo przeważnie budzą ciekawość świata i ludzi. Obcowanie z innymi społecznościami pomaga poznać siebie, zrozumieć swoją jednostkowość i odmienność, a także uczy otwartości mentalnej. Wyobraźmy sobie, że wszyscy ludzie na świecie mają tożsamą kulturę. Wyobraźmy sobie świat bez japońskich samurajów, amerykańskiej popkultury, arabskiej sziszy, wieży Eiffela. Czy gdyby wszystkie wytwory ludzkiej pracy powodowane były podobnym światopoglądem, wierzeniami religijnymi, etyką, potrafilibyśmy docenić naszą indywidualność? Z pewnością nie. To nie wszystko. Często nie wyobrażamy sobie świata bez udziału współczesnych wytworów kultury i cywilizacji, ale jednocześnie poddajemy go krytyce. Sprzeczność jest wpisana w naturę ludzką i choć Oscar Wild mówił, że nie istnieje nic takiego, czego sztuka nie mogła wyrazić, trzeba przyznać, że największe dzieła łamią lub podejmują dialog z powszechnie utrwalonymi konwencjami swoich czasów.

W jakim świecie dziś żyjemy?

Zygmunt Bauman w jednej ze swoich prac powołuje się na puentylistyczną rzeczywistość, gdzie tradycyjny model konsumpcji został wyparty przez konsumpcjonizm. Metaboliczne przyswajanie, zużywanie i wydalanie dóbr zostało zastąpione przez układ społeczny, w którym człowiek to klient a zaspakajanie jego potrzeb i pragnień stanowi główną siłę napędową społeczeństwa. Tradycyjna strategia kultury polegała na porządkowaniu świata, nadawaniu mu określonego ładu, próbach uchwycenia prawideł poprzez ich materializowanie. Współczesny porządek charakteryzuje się raczej jego brakiem i zuchwałym łączeniu tego, co banalne, powszechne, kiczowate z tradycją, obyczajami, historią.

Kultura niszowa w czasach kornukopii

Tutaj pojawia się pytanie: jak w czasach kornukopii funkcjonuje kultura niszowa, którą przecież jest kultura pogranicza Polski z Czechami i Słowacją? Pytanie trudne i wymagające głębszej refleksji. Przychodzi mi jednak na myśl przykład hasła popularyzowanego po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej: „Jestem Polakiem. Jestem Europejczykiem.” Kryje się za nim problem tożsamości. Jestem Polakiem, ponieważ mam obywatelstwo polskie a moi przodkowie byli Polakami. Jestem Europejczykiem ze względu na przynależność mojego kraju do Wspólnoty oraz jednego kręgu kulturowego. W kontekście Unii Europejskiej kultura polska jest fragmentem całości tworzonej przez pozostałe państwa przynależące i definiuje rodzimą tożsamość. Kultura transgraniczna funkcjonuje na tej samej zasadzie w odniesieniu do ludności zamieszkującej tereny przygraniczne: wyjaśnia tożsamość, spaja społeczeństwo, zaprowadza ład. Jej rola jest nieprzeceniona, chociaż czasami bagatelizowana.

Kulturę transgraniczną charakteryzuje przenikanie wartości, światopoglądu, języka społeczności przygranicznych. Współczesna kulturalna kornukopia zostawia miejsce dla wytworów pracy ludzkiej, w której pierwiastki odrębności jednej, kilku społeczności splatają się, tworząc niepowtarzalną jakość. Trzeba dodać, że nie tylko zostawia miejsce, ale tworzy nową przestrzeń działań, które przełożyć się mogą na większą popularyzację jej wartości. Choć mało eksponowana, kultura transgraniczna posiada ogromny potencjał rozwojowy. Jego odkrycie, zrozumienie i wykorzystanie stanowi niezbędny element wzmocnienia więzi między Małopolską a państwami Europy Środkowo – Wschodniej. pamiętajmy, że cywilizacja - to władza nad światem, kultura - to miłość do świata (Antoni Kępiński).

Edytorial opublikowany w gazecie "Skarbiec Polski - Małopolska" nr 1/2011

Zobacz także:

Słowak, Polak dwa bratanki


Tagi: kultura
skomentuj (0)

2011-06-22 13:47:57

Kulturalnie przesądzone


Wybór został dokonany. Mamy kolejną Europejską Stolicę Kultury – Wrocław. Co dalej?

Nie znam Wrocławia. Byłam tam raz. Zwiedzałam – pewnie jak każdy przyjezdny – Panoramę Racławicką. Niewiele pamiętam. Wiem za to jedno – w ciągu najbliższych 15 lat Polska będzie się kojarzyła z Wrocławiem - Europejską Stolicą Kultury. Po tym okresie pewnie znów przypadnie nam możliwość promocji innego miasta. Na razie wszystko przesądzone.

Od pewnego czasu o Wrocławiu robi się coraz głośniej. Dobre recenzje w zakresie relacji płac do kosztów życia, oferty pracy, ładna architektura, miejsce organizacji Europejskiego Kongresu Kultury - największego wydarzenia Polskiej Prezydencji 2011, w końcu - bogaty kalendarz imprez nie tylko muzycznych… Można się zachwycić, być uwiedzionym i … zwiedzionym. Przyznają się do tego sami Wrocławiacy. I słusznie. Dzięki otwartej postawie, niezamiataniu bolączek pod dywan, a wręcz ich ekspozycję, osiągnięto cel – tytuł Europejskiej Stolicy Kultury.

Przyznam się otwarcie – to nie był mój faworyt. Ale też do niedawna nie miałam większego pojęcia o kryteriach przyznawania tego tytułu. Wydawać by się mogło, że wyróżnione zostają miasta, które już odznaczyły się nienaganną dbałością o kulturę w swoich granicach. Miasta wzorcowe, idealne do chwalenia się na zewnątrz, pod adresem których powinien pojawić się nie tylko auto – ale też obiektywny zachwyt. Tylko, że przy takim założeniu wiele z byłych Europejskich Stolic Kultury nigdy nie otarłoby się nawet o etap finałowy tegoż konkursu i o znaczącą gratyfikację w wysokości 1,5 mln EUR nazwanych na cześć pomysłodawczyni projektu – Meliny Merconi.

Europejska Stolica Kultury to przede wszystkim prestiżowa promocja, ale odbita trochę w krzywym zwierciadle. Tytuł, który na początku był przyznawany jakby obligatoryjnie stolicom Europy, później zmienił formułę. Celem nadrzędnym przestało być wyróżnienie za osiągniecia na rzecz dania okazji, by się wyróżnić i popracować nad słabymi stronami. W ten oto sposób Wrocław – miasto idealne w oczach tych, do których dochodzą fragmenty komunikatów medialnych – stał się miastem, któremu do ideału daleko.

Jakie cele organizatorzy stawiają przed obchodami Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 r.? „Odkrywanie piękna” polegać ma na zwiększeniu odsetka osób, które czynnie korzystają z kultury. Z drugiej strony podjęte zostaną działania w kierunku pewnej zmiany mentalności. Często zdajemy sobie sprawę, że kultura jest ważnym elementem naszego życia, ale rzadko potrafimy wejść schodek wyżej i sięgnąć po przykłady, których dostarcza historia. I nie chodzi tutaj bynajmniej o martyrologię, smutne dzieje, porażki i upokorzenia narodu, a o silne, unifikujące ale zepchnięta na drugi plan – pozytywne wartości związane z byciem Polakiem i Europejczykiem.

Nie można mówić o odkrywaniu piękna bez zmiany mentalności czy bez tworzenia określonej marki. Trzeba przyznać, że Wrocław pod kątem brandingu świetnie daje sobie radę. W świadomości wielu Polaków funkcjonuje jego obraz jako miasta idealnego do życia. Teraz zadanie trudniejsze: sprawić, by coraz więcej wrocławian (ale nie tylko) dostrzegało kulturę i czerpało z niej radość, inspirację, tematy do refleksji. Sprawić, by coraz więcej Polaków utożsamiało się z hasłem „Jestem Polakiem. Jestem Europejczykiem. Kulturalnie przesądzone. Przesądzone pozytywnie.”


Tagi: europejska stolica kultury 2016
skomentuj (0)

2011-06-08 12:26:34

Bezrobotni absolwenci


studenciJesteś studentem? Przygotuj się, że po studiach zostaniesz bezrobotnym. Inaczej możesz być niemile zaskoczony. I to bynajmniej nie twoja wina.

Badania przeprowadzone przez firmę Deloitte na próbce 3618 studentów z Polski (1757), Czech (627), Słowacji (287), Litwy (712) i Łotwy (235) metodą wywiadu internetowego w dniach 27 stycznia 27 lutego 2011 r. pokazują, że już nawet studenci zauważają znaczące dysproporcje w programie nauczania szkolnictwa wyższego. 60 proc. polskich respondentów potwierdziło nieprzygotowanie do przyszłych obowiązków zawodowych, a 71 proc. zdeklarowało brak umiejętności poszukiwania pracy. Gorsze wyniki odnotowano jedynie u Litwinów.

Czy nowelizacja ustawy o szkolnictwie wyższym zmieni obecną sytuację? A czy poprzednie zmieniły? Przyglądnijmy się, co nowego wprowadza ustawa. Wśród czołowych przesłanek znajdziemy m.in. większą swobodę uczelni w ustalaniu programu merytorycznego kierunków, powołanie Krajowych Naukowych Ośrodków Wiodących, skrócenie czasu habilitacji do 4 miesięcy, wprowadzenie opłat za drugi kierunek studiów.

Ostatnia zmiana wywołała sporo kontrowersji, niemniej jednak jest uzasadniona. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego powołuje się na zwiększenie możliwości bezpłatnego studiowania dla osób, które uprzednio musiałyby podjąć naukę płatnie. Drugi fakultet za darmo będzie dostępny tylko dla najlepszych. Argument dobry, ale spójrzmy na tę sytuację z innej perspektywy. Wcześniej – przypuszczam, że spora grupa studentów – rozpoczynała drugi kierunek w ciekawym momencie tj. pod koniec studiów na pierwszym kierunku. Dlaczego? W wielu przypadkach chodziło o tańsze lokum w większych miastach, jaki stanowi internat lub akademik. Polak potrafi, prawda?

Warto jednak zastanowić się, dlaczego młodzi ludzie – poza wspomnianą a niezbyt chlubną motywacją – wybierają drugi kierunek. Analizując rentowne oferty pracy można dojść do wniosku, że pracodawcy poszukują osób o kwalifikacjach technicznych i zarazem humanistycznych. Wykwalifikowany pracownik powinien znać się na swoim fachu, ale jednocześnie posiadać umiejętności miękkie jak zarządzanie ludźmi, dbanie o wizerunek, wyczucie rynku. Czy polskie szkolnictwo przewiduje kierunki, które kształciłyby w obydwu dziedzinach i jednocześnie uczyły przedsiębiorczości? Pytanie retoryczne.

Czy zwiększenie autonomii szkół wyższych przyczyni się do polepszenia sytuacji? Obecny program – co przedstawiają wspomniane wyżej badania firmy Deloitte – nie prowadzi dialogu z rynkiem, nie ma tu mowy o małżeństwie z solidnymi fundamentami, a raczej o rozwodzie jeszcze przed okresem panieńskim. I żaden z właściwych ministrów nie może poradzić sobie z tą stajnią Augiasza. Być może właśnie większa decyzyjność roztropnych i świadomych ekonomiczno-gospodarczych przemian pracowników naukowych sprawi, że w końcu zrobimy krok do przodu … w dobrym kierunku.

Dziś już nikogo nie szokuje (przynajmniej nie powinien) brak pracy po studiach. Taka rzeczywistość. Na szczeblu publicznym nie nadążamy za wymogami stawianymi przez rynek. A raczej nie staramy się nadążyć.


Tagi: studenci, edukacja w unii europejskie
skomentuj (0)

2011-05-13 13:49:42

Cała prawda o bączku


Bączek polskiej Prezydencji (fot. PAP, Jacek Turczyn)Gadżety polskiej Prezydencji wywołały wrzawę medialną. Ale czy aby na pewno słusznie? Ideałów nie ma. Wszystko co nas otacza ma swoje dobre i złe strony. Problem tkwi w naszym braku obiektywizmu i poczucia wspólnoty.

Chcemy, żeby w Polsce żyło się dobrze. Chcemy, aby była krajem atrakcyjnym dla turystów i inwestorów. Chcemy, żeby jak najlepiej postrzegano nas za granicą. Tylko czy aby na pewno? Czy krytykując, uzewnętrzniając agresję werbalną, szykanując ludzi, których z resztą wybraliśmy demokratyczną większością, dbamy o to jak będą nas postrzegać za granicą? A może warto przed wygłaszaniem apokaliptycznych sądów, poszukać informacji, by mieć bardziej obiektywny ogląd całości? W końcu wizerunek kraju wpływa na postrzeganie jego mieszkańców, więc jego kształt powinien leżeć w naszym interesie, nieprawdaż?

Grudzień. Małe miasteczko. W oknie pali się jedna chanukowa świeca. Dzieci siedzą przy pustym stole. W tym roku nie ma tradycyjnej, chanukowej kolacji. Zabrakło pieniędzy. Nie ma też radosnej atmosfery, która co roku towarzyszyła domownikom podczas tego tradycyjnego święta żydowskiego. Nagle słychać pukanie do drzwi. Otwiera najodważniejszy chłopiec. Za drzwiami stoi bogaty dziedzic, którego dzieci wpuszczają do środka.
Nieznajomy prosi o opowiedzenie historii Chanuki. Zaprasza też dzieci do gry w drejdla...

W opowiadaniu „Dziedzic” Singer odtwarza tradycyjne żydowskie święto – Chanukę. Jednym z obyczajów, który się z nim wiąże jest właśnie gra w drejdla. Na czym polega? Dzieci kręcą czterobocznym bączkiem z namalowanymi na każdym z nich literami hebrajskiego alfabetu. Gra toczy się o pieniądze lub łakocie. Zwycięzca zgarnia całą pulę.

Tradycja bączka sięga znacznie dalej niż można by było się tego spodziewać. Przedmiot zwany cygą, kręglicą, frygą czy wartołką a pochodzący z Babilonu przyjął się nie tylko w naszej kulturze. Ze względu na swoją prostotę i ludyczność umila czas dzieciom od dawien dawna. Ale to nie wszystko. Bączek stał się także integralną częścią Przystanku Woodstock. Od 1995 r. statuetka „Złoty Bączek” jest wręczana w dowód uznania dla najlepszego zespołu związanego z wydarzeniem muzycznym. W tym kontekście nikt nie mówi o jego analogii do gestu źle widzianego w towarzystwie. Charakteryzuje tu raczej pozytywną energię, zaangażowanie społeczne i twórczą aktywność.

Tak też powinien być postrzegany, bo jeżeli zrobić bilans zysków i strat, wizerunkowo bączek wypada całkiem nieźle. Nawiązuje do polskiej tradycji ludowej, jest zaprojektowany przez polskich designerów, wykonany z polskich materiałów i przede wszystkim wyróżnia się na tle standardowych gadżetów typu pendrivy, długopisy, pocztówki itd. Czego mu może brakować poza ciepłym odbiorem sporej części Polaków? Wydaje się, że logo polskiej Prezydencji… chociaż być może będzie ono umieszczone na opakowaniu.

Bączek jaki jest, każdy widzi. Raz tradycyjny, ubrany w ludowe stroje. Raz ludyczny i świąteczny. A jeszcze kiedy indziej społeczny oraz muzyczny. Czy zatem warto przesądzać o jego losie w kontekście polskiej Prezydencji? Wydaje się, że nie. Biorąc dodatkowo pod uwagę rzemiosło artystyczne twórców, trzeba przyznać, że całkiem nieźle wykonali pracę.


Tagi: unia europejska, polska prezydencja
skomentuj (1)

O mnie


Magdalena Lis

Polonistka, dziennikarka, tłumaczka. Studiowałam Dziennikarstwo i komunikację społeczną na Uniwersytecie Nicejskim oraz na Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Moje zainteresowania: polityka europejska, sztuka, kultura i media w wymiarze wspólnotowym.





Dobre inicjatywy
eGALAKTYKA.pl
Portal Aktywnych Europejczyków


Tagi


2011
grudzień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
wrzesień
kwiecień
luty
2009
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec


księga gości